Polska Parafia Katolicka pw. Matki Boskiej Częstochowskiej z Jasnej Góry w Ludwigsburgu
Polska Parafia Katolickapw. Matki Boskiej Częstochowskiej          z Jasnej Góry w Ludwigsburgu                                    

Ponizej zamieszczamy wybrane ciekawsze artykuły z naszego miesięcznika parafialnego ARKA ukazującego się regularnie w Heilbronn od marca 1996 roku

 

Dziękuję - Arka Nr 234 - styczeń 2017 

Powiedzieć „dziękuję” można szybko, z uśmiechem na twarzy i bez zastanowienia. Można je wypowiedzieć także bardzo poważnie i dosadnie. Dziękuję wyrażamy naszą barwą głosu i wyrazem twarzy. Każdy wie, co znaczy dziękuję.

Gdy jednak głębiej zastanowimy się na jego istotą, ujrzymy jak bardzo podziękowanie może być skomplikowane w zrozumieniu. Inaczej brzmi „dziękuję“ przy kasie w Kauflandzie, gdzie za moje własne pieniądze kupuję towary albo, gdy kasjerka miłym tonem spyta czy wszystko znalazłam, czy będę płaciła kartą,  ja odpowiadam miło: – dziękuję, wszystko mam, płacę gotówką!

Inaczej dziękuję temu, kto przychodzi mi z pomocą nie proszony o pomoc. 

Dziękować, oznacza drugiemu w zamian dawać coś od siebie.

Za otrzymaną pomoc i uprzejmość, odwzajemniamy się podziękowaniem. W naszej kulturze tego się oczekuje. Chętnie żyjemy w takim kraju, gdzie ludzie nie tylko w szczególnych okazjach sobie dziękują, ale w mało znaczących sytuacjach; gdy szukamy ulicy, gdy pytamy o godzinę, kiedy ktoś podniesie kapelusz, który zdmuchnął mi z głowy wiatr albo gdy częstują mnie cukierkiem. Chętnie słyszymy DZIĘKUJĘ.

Podziękowanie może być jednak dla niektórych bardzo niezręczną sytuacją. Niektórzy uważają bowiem, że przecież pomoc, jaką otrzymał i tak mu się należy, i właściwie za co ma więc dziękować?

Znam takich, którzy nie przyjmują pomocy tylko dlatego, aby nie być komuś winnym w okazywaniu wdzięczności, na chęć pomocy, usłyszałam: nie potrzeba, - dam sobie radę bez ciebie.  

Są też tacy, którzy traktują podziękowanie tak jak walutę. Według nich za każde doznane dobro trzeba koniecznie zapłacić. Oni sami mają wielką trudność innym dziękować i sami nie są w stanie przyjąć dobra, jakie otrzymują. Podziękowanie staje się wtedy rachunkiem - jak w supermarkecie. Niestety niektórzy ludzie zachowują się podobnie w stosunku do Pana Boga. Wyliczają Mu dokładnie tyle, ile Mu się należy. Słyszałam już wiele razy; „przecież zapłaciłem mój podatek, zapłaciłem za chrzest, za I Komunię, za ślub, odmówiłem cały różaniec…. można by tu wiele wymieniać…. i to musi wystarczyć “- powiadają. Tacy ludzie uważają, że Bóg mógłby się przecież obrazić, jeśli Mu nie wyrównają rachunku. Ich zdaniem, gdy tego dokonają, są kwita i nic więcej Bogu nie są winni. Przechodzą do spraw codziennych zapominając o Jego istnieniu, bo przecież wszystko jest uregulowane, ale czy Panu Bogu rzeczywiście o to chodzi?

Bóg nie czeka na podziękowanie a jednak,,, w każdej chwili swego życia  DZIĘKUJMY MU za każdą chwilę życia, sercem -  bez wyliczania i rachowania.

Zaczynamy nowy, z niezapisanymi kartami rok 2017. Każdy pójdzie inną ścieżką życia. Mamy różna plany, oczekiwania. Każdy doświadczy dobro, ale też i rozczarowanie. Wszyscy mamy jednak podobne pragnienia - być zdrowym, szczęśliwym i potrzebnym. Tego życzę naszym Parafianom, Księżom i Czytelnikom.

                                                                                     Zofia Szkoc                   

Polskie groby w Heilbronn

W ubiegłym roku dowiedziałem się od znajomego pana Mieczysława Lebiedziejewskiego z Ludwigsburga, że w Heilbronn na głównym cmentarzu, jest polska Nekropolia. Pan Mieczysław z żoną Zuzanną (z domu Słoninka) każdego roku, w dniu Wszystkich Świętych odwiedzali polskie groby z lat 1940 znajdujące się w Heilbronn. Państwo Słoninka - rodzice Zuzanny, byli naszymi parafianami w Heilbronn, których dobrze znał były nasz proboszcz ksiądz Zdzisław Małecki.

Pan Mietek przekazał mi kilka zdjęć tych nagrobków, abym łatwiej mógł je zlokalizować i odnaleźć. Wiedziałem, że jest to sektor 22, co znacznie ułatwiło moje poszukiwania. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy w listopadzie 2013 roku oboje z żoną trafiliśmy nie tylko na pojedyncze polskie groby, ale także na duży pomnik upamiętniający Polaków zmarłych w czasie wojny i krótko po niej. Pomnik ten był mocno porośnięty mchem, a pod nim były zasadzone kwiaty oraz świeża zieleń, co oznaczało, że ktoś przychodzi tutaj i dba o nie; być może opiekuje się zarząd cmentarza, albo miasto Heilbronn, a może jakieś osoby, które mają powiązania z grobami leżących tam Polaków. Jeśli wśród naszych czytelników ktoś wie coś więcej na ten temat, lub na temat pochowanych tam osób, to prosimy o zgłoszenie się do redakcji lub osobiście do mnie - do  Stanisława Szkoc, gdyż zajmuję się historią naszej parafii w Heilbronn. Jak dotąd, nikt z Heilbronn nie wskazał nam tych grobów, a mieszkam tutaj już przeszło 32 lata.

Sprawę przekazałem do Polskiej Ambasady w Monachium i przyznam, zainteresowała ona bardzo mocno ambasadora pana Korybuta - Woronieckiego.

Napis na pomniku był ledwo widoczny, w dwóch językach z obu stron obelisku z krzyżem. Przypomina on przechodniom o Polakach zmarłych z dala od stron ojczystych:

PAMIĘCI ZMARŁYCH POLAKÓW

W LATACH OD 1939-1950

W HEILBRONN I OKOLICY – RODACY.

oraz:

ZUM GEDÄCHTNIS UNSERER

IN HEILBRONN UND UMGEBUNG IN DEN JAHREN 1939-1950

UMS LEBEN GEKOMMENEN POLNISCHEN LANDSLEUTE.

 

Przed tym pomnikiem w dwóch rzędach z alejką pośrodku, znajdują się pojedyncze groby osób pochowanych w tamtych latach.

 

Przy okazji pragnę przypomnieć, że Polska przedwojenna i jej obywatele to zupełnie inna rzeczywistość niż dzisiejsza Polska. Wielka część dzisiejszej Białorusi, Litwy i Ukrainy znajdowała się w granicach ówczesnej Rzeczpospolitej i jej mieszkańcy czuli się Polakami tak jak dzisiaj wielu Ślązaków, Mazurów, Pomorzan, Wielkopolan mieszkających w Polsce czuje się Polakami nawet, jeśli jeden z drugim wyjechali na zachód. Ja również należę do nich, tak jak wielu naszych obecnych parafian.

Tę rzeczywistość sprzed 70 lat, widać na tych grobach. To głównie Polacy ze wschodnich terenów nie mieli dokąd wracać po uwolnieniu z niemieckiej niewoli, gdyż ZSRR zagarnęła ich ziemie. To właśnie oni zostali na zachodzie i spoczęli na tutejszych cmentarzach. Nie inaczej jest w Heilbronn. Nie powinno nikogo dziwić, że nagrobki odzwierciedlają przekrój tego społeczeństwa, które gromadziło się tuż po wojnie wokół Polskiej Parafii śpiewając te same pieśni religijne, które my dzisiaj śpiewamy jak „Serdeczna Matko” czy „Boże coś Polskę”.

Tak więc - obok nazwisk polskich są także litewskie, jest krzyż prawosławny itd.

Szczególną moją uwagę zwrócił jednak pomnik 4 młodych mężczyzn z napisem:

TRAGICZNIE ZMARŁYM KOLEGOM    

100. KOMPANIA WARTOWNICZA

Próbowałem dociec sprawy. Wspólna data śmierci tych żołnierzy (widać na nagrobku stopnie wojskowe) w dniu 17.08.1947,  dwa lata po wojnie wzbudziła moją nieukrywaną ciekawość.

Otóż dowiedziałem się, że był to tragiczny wypadek samochodowy na drodze dzisiejszej autostrady A6 w okolicy parkingu Wimmentall. Żołnierze jechali wojskowym wozem terenowym – Jeepem i wypadli z drogi. Mogły być różne przyczyny tego wypadku, podobnie jak dzisiaj. Nie było przy tym żadnej sensacji jak oczeki-wałem.  Ciekawostką jedynie posostaje fakt, że tym samocho-dem miał jechać ojciec pani Zuzanny - pan Słoninka, ale w ostatniej chwili zastąpił go kolega. W ten sposób Opatrznośc Boża uratowała pana Słoninkę, a pani Zuzanna mogła sie urodzić. Stąd też jej wyjątkowy stosunek emocjonalny do tego grobu. Niemniej jednak jest to namacalny ślad istnienia tej 100. kompanii wartowniczej, która była zlokalizowana w Heilbronn-Böckingen, w bliżej nieokreślonym dzisiaj miejscu, której zadaniem było pilnowanie więzionych nazistów, ludzi SS i innych zbrodniarzy wojennych.

Staraniem naszej Rady Parafialnej w bieżącym roku miasto Heilbronn dokonało piaskowania głównego pomnika i tego poczwórnego nagrobka. Dlatego dzisiaj każdy może z łatwością odczytać ten napisy.

Zbliża się święto zmarłych i będzie okazja odwiedzić tę Polską Nekropolię na wielkim cmentarzu w Heilbronn – sektor 22. Zachęcam wszystkich. To jest ciekawe miejsce i pewnie nie jedyne w Heilbronn, które przyjdzie nam jeszcze odkryć.

Obok Polskiego Krzyża przy Charlottenstrasse  - gdzie każdego roku, po Mszy św. zbieramy się na nabożeństwie w Uroczystość Wszystkich Świętych -  mamy już drugie miejsce pamięci, które świadczy o polskich początkach w Heilbronn, co nieprzypadkowo podkreślam z racji zbliżającego się Jubileuszu 70. lat Polskiej Parafii w Heilbronn przypadającego w 2015 roku.

Stanisław Szkoc

<< Neues Textfeld >>

Naprawdę było warto…

Arka Nr 204 - 07/2014

 

Reportaż naszej starszej ministrantki - Karoliny Sokol- z pielgrzymki do Rzymu na kanonizację św. Jana Pawła II i Jana XXIII.

 

Mistrzyni dialogu - &sacute;w. Katarzyna ze Sieny Wybrałam się z prywatną grupą z Crailsheim pod kierownictwem pana Pieli na kanonizacje św. Jana Pawła II. W czwartek dnia 24. kwietnia 2014 wyjechaliśmy w 9 osób mikrobusem do Rzymu.  Jechaliśmy całą noc i pomimo, że większą część drogi nie mogliśmy nic widzieć, to nad ranem widok gór alpejskich i malowniczych dolin był gigantyczny. W drodze do Rzymu zatrzymaliśmy się na jeden dzień w Siena (na południe od Florencji). Siena jest pięknym miastem i szczególnie interesującym miejscem w historii. Istnieje tam wiele zabytków np. świeżo odrestaurowana katedra „Santa Maria”. Szczególnie godna polecenia jest katedra św. Dominika. W bazylice tej można zobaczyć relikwie św. Katarzyny z Sieny. Wystawiona jest głowa i jeden palec tej świętej dominikanki.

Św. Katarzyna odgrywała w XVIII wieku ważną rolę, jako że już w młodych latach potrafiła czytać i pisać. W ten sposób potrafiła zwrócić papieżowi uwagę na różne nieprawidłowości. Nazywa się ją doktorem Kościoła
i patronką Europy
. Poza tym można zwiedzić dom, w którym urodziła się św. Katarzyna, pałac „Publicco”, „Piazza del Campo” i wiele więcej. Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie samo miasto. Stare domy wyglądają jak wyjęte z obrazka, albo z jakiegoś historycznego filmu. I nie ma tam żadnych „płaskich ulic”. Wszędzie są bardzo wysokie wzgórza albo głębokie doliny.

 

Noc spędziliśmy w ładnym hotelu niedaleko Sieny. Rankiem następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. Rzym od pierwszego momentu zrobił na nas pozytywne wrażenie. Natychmiast dało się zauważyć, że mieszkańcy przygotowali się na wielką liczbę pielgrzymów. Wiele ulic nie dało się już częściowo przejechać. Wszędzie widać było potężne namioty z wyposażeniem sanitarnym i gdzie by nie spojrzeć widać było grupy sanitariuszy, policjantów i funkcjonariuszy bezpieczeństwa (Carabinieri). Już sama ich obecność zrobiła na mnie duże wrażenie i dała poczucie bezpieczeństwa. Do tego jeszcze, wszędzie widać było zespoły sprawozdawców telewizyjnych z całego świata, którzy wiele filmowali. I jakby tego było mało, miałam wielkie szczęście widząc na jednym skrzyżowaniu stojącą dużą eskortę z polskim prezydentem i innymi ważnym osobistościami. Przybyły także podobne eskorty z innych krajów i za każdym razem było to coś wspaniałego, jednak najważniejsza była ta polska, wtedy radośniej zabiło mi serce.

 

Zupełnie przypadkowo spotkaliśmy w Rzymie pewną miłą siostrę zakonną, którą wcześniej widzieliśmy w Siena z inną polską pielgrzymką. Wszędzie spotkać było można wielu pielgrzymów z Polski, z którymi mogliśmy rozmawiać i wymieniać swoje wrażenia. Spotkaliśmy nawet ludzi z Polski, którzy trasę z Polski do Rzymu pokonali biegnąc!!!  Inni przybywali autostopem. W każdym przypadku był to wspaniały wyczyn!  Jak to fajnie było, móc się porozumieć z polskimi rówieśnikami.

 

http://www.historiasztuki.com.pl/ilustracje/STYLE-BAROK/Superga-fasada-rys.jpgOgólnie rzecz biorąc mieliśmy przez cały czas przyjemną pogodę i wszędzie na ulicach spotkać można było wielkie stanowiska, przy których wolontariusze rozdzielali turystom i pielgrzymom wodę w litrowych butelkach. W sobotę odwiedziliśmy jeszcze Plac św. Piotra i byliśmy w środku w Bazylice. Następnie udaliśmy się pieszo do Colosseum, a po drodze zwiedziliśmy kilka kościołów i bazylik. Ciekawe były także Święte Schody, które pokonaliśmy w górę na kolanach. Późnym popołudniem zorientowaliśmy się, że jest coraz tłoczniej gdyż gromadziły się ciągle nowe grupy pielgrzymów i ulice wokół Placu św. Piotra zapełniły się tak, że musieliśmy iść okrężną drogą gdyż brak było przejścia. Tłumy ludzi śpiewały i modliły się jeszcze po godzinie trzeciej na ranem i nastrój był wspaniały. Położyliśmy się w końcu na izomatach razem z innymi, aby trochę pospać. Następnego dnia o godzinie 10:00 odbyła się uroczysta Msza święta, w czasie której dwóch papieży zostało ogłoszonych świętymi. Po uroczystościach kanonizacyjnych ludzie zaczęli się powoli rozchodzić, co zajęło sporo czasu, gdyż wiele ulic było zamkniętych.

 

Moja pielgrzymka do Rzymu była dla mnie wielkim i fascynującym przeżyciem i wiem, że podobna okazja nie zdarzy się tak szybko, dlatego jestem naprawdę zadowolona, że mogłam brać w niej udział i w każdej chwili pojechałabym tam ponownie. Mogę tylko polecić korzystać z takich okazji nawet, jeśli ktoś uważa, że na urlopie należy trochę wypocząć.

Karolina Sokol Tłumaczył: Stanisław Szkoc

Scala Santa (wł. Święte Schody) – liczące 28 stopni schody, które zgodnie z legendą pochodzą z pałacu Poncjusza Piłata. Jezus Chrystus miał po nich być prowadzony na sąd. Schody te przywiezione zostały z Jerozolimy do Rzymu w r. 326 przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna I. Znajdują się one w pochodzącym z XVI w. budynku, położonym naprzeciwko Bazyliki Św. Jana na Lateranie, wzniesionym w roku 1589 na polecenie papieża Sykstusa V. Prowadzą one do kaplicy San Lorenzo, w której znajduje się acheiropoieton. Obecnie schody pokryte są drewnianą okładziną i wolno nimi wchodzić tylko na kolanach.


Wychowanie do życia w modlitwie - (Arka Nr 199, 02/2014)

 

Luty zaczynamy uroczystością Ofiarowania Pańskiego. Według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu…
Każdy rodzic pierwszych tygodniach życia dziecka także przynosi je do kościoła, aby ochrzcić. Każdy rodzic stara się dobrze wychować swoje dzieci i przygotować je do życia chrześcijańskiego.
Różnie to jednak w życiu bywa… 
Słuchając niedawno piosenki Lecha Makowieckiego pt. „Patriotyzm”, utkwiły mi w pamięci słowa ostatniej zwrotki, które można potraktować jako podsumowanie śpiewanej treści.
       Pytasz mnie: „Co to jest PATRIOTYZM?” 
       Wielu mędrków wciąż nad tym się trudzi
       Patriotyzm na dziś – to mieć dzieci
       I wychować je....  na dobrych ludzi!
Wychować dzieci na dobrych ludzi, to wychować w łączności z Bogiem tak, aby były wrażliwe na otoczenie, wrażliwe na bliźniego.
 Jak wychować dzisiejszego człowieka w łączności z Bogiem? Najważniejszym jest nauczyć go rozmawiać ze Stwórcą – czyli nauczyć modlitwy. Wtajemniczenie w modlitwę od najmłodszych lat jest wprowadzeniem dziecka w świat religijny, a jednocześnie stanowi istotny element wiary i tworzenia pierwszych fundamentów chrześcijańskiego życia. Istnieje zatem potrzeba zachęcania i uczenia dzieci modlitwy od najmłodszych lat.
 Sobór Watykański II zwraca uwagę na konieczność przykładu i wspólnej rozmowy z Bogiem w rodzinie, podkreślając, że dzieci a nawet wszyscy w kręgu rodzinnym znajdą łatwiej drogę szlachetności, zbawienia i świętości, jeżeli torować je będzie przykład rodziców i modlitwa rodzinna.
Na początku dziecko powtarza bezmyślnie słowa modlitwy, ale później nabierają one konkretnych kształtów. Krótkie słowa, które dziecko wypowiada często z trudem, dają początek dialogowi pełnemu miłości z niewidzialnym Bogiem, Którego słowa należy później słuchać. Zatem rodzina chrześcijańska jest pierwszym miejscem wychowania modlitewnego, w którym dzieci uczą się modlitwy oraz wytrwałości w niej. Od tych pierwszych kroków zależy późniejszy stosunek dziecka do modlitwy.
Nasuwa się pytanie, jakimi metodami uczyć dzieci modlitwy?
Pierwszym etapem tej edukacji jest zwracanie uwagi rodzica na gesty, takie jak np. „język ciała”:
- poprawnie wykonany znak krzyża,
- postawa klęcząca,
- złożone ręce,
są one dla dziecka sygnałem, iż uczestniczy w czymś ważnym, w czymś, co budzi szacunek i jest godne uwagi. Nie mogą to być jednak puste gesty. Dlatego, istotnym jest również wyjaśnienie dzieciom podstawowych prawd wiary, które nadają sens znakom przez nie czynionych. Nie mogą to być jednak długie i szczegółowe informacje, bo dzieci się zanudzą nie rozumiejąc zbyt wiele.
W formie krótkich odpowiedzi czy opowiadań (dzieci lubią, gdy rodzic opowiada), należy uświadomić dzieciom takie pojęcia jak: Bóg Ojciec,  Jezus,  Maryja,  grzech,  modlitwa. Trzeba to czynić często, w atmosferze miłości, serdeczności i ciepła rodzinnego.
 Pragnę w tym miejscu podkreślić, że obraz modlących się rodziców – matki czy ojca – zapada głęboko w podświadomości dziecka i staje się na całe życie niezastąpioną lekcją modlitwy. Dziecko obserwując swoich rodziców przekonuje się, iż wcześniej usłyszane od nich wiadomości o Bogu są dla nich ważne.  Trzeba również wspomnieć, że dziecko swoją aktywność przejawia, miedzy innymi poprzez naśladownictwo. Pierwsze doświadczenie modlitwy kształtuje osobisty styl rozmawiania z Bogiem. Brak zwracania uwagi na szczegóły (np. niedbały znak krzyża) może utrwalić przyzwyczajenia, które trudno będzie skorygować w późniejszym etapie życia.
Poniżej podaję kilka wskazań:
 -Należy zwracać uwagę dziecku, iż modlitwa to nie tylko prośba (dzieci mają skłonność do ciągłego proszenia).
 -Należy uświadomić dzieciom, że ważną formą modlitwy jest podziękowanie i przeproszenie, aby w ten sposób formować zarówno postawę wdzięczności wobec Boga, jak i kształtować własne sumienie.
 -Należy unikać zbyt wielu modlitw formułkowych, które mogą zniechęcać dziecko do spraw religijnych.
W zaczynającym się roku życzę wszystkim rodzicom, aby potrafili tak wychować swoje dzieci, aby te w dorosłym życiu były wrażliwymi i dobrymi chrześcijanami, kierującymi się miłością do Boga i bliźniego. 
                                                                                                   

Heilbronn, 20.stycznia 2014                                                          Stanisław Szkoc

 

Przekażcie sobie znak pokoju.

(Arka 198, 01/2014)


 

Na początku roku, składamy sobie życzenia noworoczne, życzymy sobie wszystkiego najlepszego; zdrowia, szczęścia i pokoju.

Zatrzymam się nad tym ostatnim życzeniem. Pokój to spokój, równowaga ducha i umysłu. O pokój walczą narody, każdy człowiek go pragnie. Także modlimy się za zmarłych o pokój ich duszy.

Na każdej Mszy świętej słyszymy z ust kapłana, abyśmy przekazali sobie znak pokoju. Czy zdajemy sobie sprawę, co praktycznie oznacza ten gest?

Ważność tego momentu jest tak wielka, że niektórzy ludzie nie bez racji twierdzą, iż od niego zależy owocowanie Eucharystii w sercu poszczególnych jej uczestników. Trudno nie wspomnieć w tym momencie słów Pana Jezusa na temat: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspominasz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze…”

W modlitwie Pańskiej odmawianej, jako bezpośrednie przygotowanie do Komunii św., wypowiadamy słowa: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Trudno nie zadrżeć na myśl,: co się stanie, gdy Bóg …wysłucha tę prośbę, włożoną w nasze usta przez Syna Bożego i miarą swojego Miłosierdzia uczyni nasze „miłosierdzie”? Stąd święty Piotr Chryzolog, biskup, wyraził się dobitnie i jasno: Bezwstydnym niegodziwcem jest ten, który innym odmawia tego, o co sam prosi dla siebie”. Tak więc przekazać sobie znak pokoju oznacza: wszystko wszystkim przebaczyć, darować! Ma to nastąpić wtedy, gdyby obok mnie nie było akurat nikogo, komu ten gest, mógłbym w widzialny sposób zadedykować. Przekazywanie znaku pokoju zakłada, że jesteśmy w miejscu świętym obok siebie, blisko.

Wykonujemy ten gest, patrząc w oczy konkretnej osobie, podając dłoń lub kłaniając się konkretnemu człowiekowi - nie ścianom czy filarom. Znak pokoju to zewnętrzny wyraz zgody z bliźnim, który przekazuje się przed śpiewem Baranku Boży, po wezwaniu kapłana "przekażcie sobie znak pokoju". Zasadniczo można przekazać pokój za pomocą podania ręki i wypowiedzenia słów: "Pokój Pański niech zawsze będzie z Tobą" lub, w formie skróconej; "Pokój z Tobą”. Często słyszę jakieś inne zdania, które w zasadzie nie powinne być wypowiadane.Co istotne, aneks polskiego Episkopatu odradza stosowania formy "Pokój wam wszystkim". Znak pokoju to nie tylko pogodzenie się czy jakaś zewnętrzna forma serdeczności. Przekazujemy sobie pokój Chrystusowy, który jest prawdziwym Bożym darem; pokój, jakiego nie potrafimy zbudować sami - "nie taki, jaki daje świat” (J 14,27).   

                                                                 Zofia Szkoc

 

Mowa ojców

Czy mowa naszych ojców (rodziców) jest równoznaczna z mową ojczystą?

W języku niemieckim mówi się o tzw. mowie matki (Muttersprache). W języku polskim mówimy o języku ojczystym, co bezpośrednio pochodzi od staropolskiego – mowa ojców- kiedyś mówiono na rodziców – ojcowie, do dzisiaj spotykamy się z tym wyrazem np. na Śląsku.

To byłoby wszystko w tym temacie, gdyby nie rzeczywistość, w której poruszamy się w Niemczech - jako emigranci z Polski.

Są różne strategie wychowania dzieci, nieuniknionym faktem jest także olbrzymi wpływ otoczenia; przedszkola, szkoły itp. na  kształtowanie osobowości i sposobu wyrażania myśli i uczuć przez młode pokolenie.
Niezwykle trudno jest nauczyć dzieci myślenia w języku swoich rodziców, tym
bardziej, że w rodzinach wielodzietnych, między rodzeństwem - najłatwiej jest
porozumiewać się dzieciom w języku niemieckim. A już zupełnie trudne jest to w
małżeństwach mieszanych wychowujących dzieci. Co najwyżej, może się udać nauczyć dzieci porozumiewać w języku polskim (języku rodziców), ale to nie to samo, co wyrażanie swoich emocji, trosk i uczuć, które nieraz spontanicznie pragniemy wyrazić. Nie jesteśmy w stanie nauczyć tego bogactwa językowego i kulturalnego, które daje szkoła ze swoim warsztatem językowym każdego dnia.

Gdy młody człowiek wychowany tutaj - w Niemczech, rozpoczyna pracę zawodową, także przez 8  lub 10 godzin dziennie rozwijając swój język – język niemiecki. Jeśli taką osobę zapytać o jego język ojczysty ( Muttersprache)– to bez wahania młody człowiek odpowie, że jest nim niemiecki, ale gdy mu ktoś podpowie, że ojczysty to pochodzi od ojca, od rodziców, wtedy będzie dla niego jasne, że to język polski, bo posługuje się nim często z rodzicami.

Gdzie leży właściwa odpowiedź? To bardzo delikatna sprawa, która dopiero tutaj w Niemczech nabrała dla nas szczególnego znaczenia.
Jeśli zdefiniujemy, że mowa ojczysta to ten język, w którym najsubtelniej potrafimy wyrazić zawiłości naszej duszy, nasze emocje, nasze uczucia, nasze chwilowe stany duchowe – to jasnym się stanie, że tym językiem jest ten język, którym łatwiej się posługujemy i nie ma to nic wspólnego
z pokrewieństwem. Moim językiem ojczystym jest język polski, a moje dziecko,  które bardzo kocham, z którym rozmawiam po polsku już inaczej to czuje. Dla niego będzie to język niemiecki, mimo, że język Polski to dla niego tzw. Muttersprache. Ten fakt musimy sobie uświadomić i zaakceptować. Nie znaczy to, że nie ma wyjątków, – ale do tego musiałaby być szkoła z pełnym programem i polskim językiem wykładowym  po to, aby np. wrócić do Polski.

Można zastanowić się jeszcze, gdzie leży granica wieku, kiedy przyjazd do obcego kraju nie zmieni u młodego człowieka mowy, którą będzie uważał za swoją mowę ojczystą.

To jest inny temat i zależy od wielu czynników, ale najczęściej granicą taką jest wiek maturalny lub krótko wcześniej. Potem trudno zmienić język, w którym myślimy i analizujemy to, co się wokół nas dzieje.



 

Heilbronn, 17. Marca 2013                    Stanisław Szkoc

 

                 



- Widziane kątem oka - Widziane kątem oka -

Spowiedź w bufecie

Nie, to nie pomyłka w tytule ani żaden karnawałowy żart. Chyba każdy wie, co dzieje się przy barze, jak zachowują się tam ludzie, o czym rozmawiają i nieraz jakie padają słowa, gdy zaszumi w głowie. To wszystko działo się rzeczywiście w naszej parafii, a dokładnie miało miejsce - 8. grudnia, w dniu święta Niepokalanego Poczęcia NMP. Otóż, w czasie adwentowych rekolekcji zawsze przychodzi wiele ludzi do spowiedzi. Ze względów technicznych byliśmy w tym dniu zmuszeni przenieść sobotnią Mszę świętą i Adorację Najświętszego Sakramentu z kościoła do sali, w domu parafialnym. Z braku odpowiedniego miejsca na spowiedź, szukaliśmy rozwiązania zastępczego. Kuchnia była zamknięta, gospodarze nieobecni - cóż więc mieliśmy czynić? Pozostał bar, gdzie zwykle sprzedaje się wszelkiego rodzaju napoje, w czasie różnych imprez. Ksiądz Andrzej, który przyjechał
pomagać naszemu proboszczowi, bez większego zastanawiania i wahania, zajął miejsce na krześle i za barem, w wielkim skupieniu przystąpił do spowiedzi.

Niejeden petent do sakramentu pojednania dziwił się tym faktem nietypowego miejsca. Niektórzy byli zaskoczeni, inni wręcz oburzeni, jeszcze inni się podśmiechiwali. A może właśnie ta święta spowiedź pozostała na długo w ich pamięci? Ta myśl zainspirowała mnie do napisania tego felietonu.

Dlaczego o tym piszę? Otóż sakrament spowiedzi świętej lub inaczej akt pojednania się z Bogiem w obecności i wobec kapłana, może się dokonać w różnych warunkach i w różnym miejscu. Byłem już świadkiem spowiedzi w pociągu, na spacerze, w lesie, w czasie pielgrzymki lub jako chory leżący w łóżku. Można sobie wyobrazić różne sytuacje, w których pragniemy się wyspowiadać. Niektóre osoby jednak zamiast iść do spowiedzi świętej, idą do psychiatry lub psychoanalityka - jak to się modnie dzisiaj nazywa i tam na leżance „spowiadają się nieraz z całego swego życia” płacąc sowite honorarium za poradę. Inni znajdują przyjazną im osobę, która z grzeczności wysłuchuje wyznań zrozpaczonej osoby. Czasami i nieraz bardzo wylewnie - właśnie przy bufecie, „po kilku głębszych” - próbują się niektórzy wyspowiadać znajdując swojego „spowiednika” w osobie barmana lub bufetowej albo sąsiada przy barze. Jednak to nie jest spowiedź sakramentalna. To nie jest spowiedź przed Panem Bogiem. Każdy przystępujący do spowiedzi świętej musi wypełnić 5 warunków spowiedzi, o czym wie każdy katolik. Inaczej taka spowiedź jest nieważna. I wcale nie jest najważniejszym - odmówiona pokuta. Wszystkie warunki spowiedzi są tak samo ważne, jak obecność kapłana dającego nam rozgrzeszenie w imieniu Pana Jezusa. Obok przypomnienia sobie swoich grzechów, bardzo ważnym jest szczery żal, oraz mocne postanowienie zmiany w swoim postępowaniu. Dopiero potem wyznajemy swoje grzechy, po czym zadana pokuta musi być odprawiona pobożnie i w określonej intencji. Reasumując, nie jest ważne miejsce spowiedzi lecz wypełnienie jej warunków. Spowiedź musi się odbyć w obecności kapłana, aby stała się sakramentem. To kapłan w imieniu Pana Jezusa daje nam rozgrzeszenie.

Cieszymy się karnawałem, chętnie idziemy na zabawy, tańczymy i śpiewamy. W tym roku okres zabaw trwa krótko. Już 13. lutego mamy Środę Popielcową a 17. lutego zaczyna się Wielki Post - czas wyciszenia i  zastanowienia się nad swoją wiarą i sensem życia. Na pewno przystąpimy do spowiedzi i bez względu na jej okoliczności, szczerze otworzymy swoje serca i umysły na Chrystusa, który czeka na nas w konfesjonale.



 

Heilbronn, 10. luty 2013                   Stanisław Szkoc

 

 



 



Słowo, które może zabić

Słowa nie są bezkarne. Jeśli ktoś mówi o wojnie w Polsce, to, choć jej jeszcze nie ma, on tę wojnę przygotowuje i stwarza – mówi

prof. Michał Głowiński, wybitny literaturoznawca i autor m.in. książki „Nowomowa po polsku” w rozmowie z Tomaszem Machałą.



Czy słowo może zrobić krzywdę?

Prof MICHAŁ GŁOWIŃSKI:
Może zrobić krzywdę bardzo różnoraką. Bo jest chamskie i kogoś dotyka. Czasem w prywatnych konfliktach, czasem w wymiarze politycznym albo społecznym. Słowo krzywdzi wielokrotnie. Nie można, cytując Szekspira, powiedzieć: "słowa, słowa, słowa" na wszystko, co płynie z ludzkich ust. Tak nie jest. Słowa tworzą pewną rzeczywistość. One nie są bezkarne. Na przykład, jeśli ktoś mówi o wojnie, która się toczy w Polsce, to, choć tej wojny jeszcze nie ma, on tę wojnę przygotowuje i stwarza.

Czy słowo może być groźne?

Jak najbardziej. Słowo "wojna" w dzisiejszym polskim kontekście jest słowem groźnym, dlatego, że po pierwsze – kwestionuje elementarną wspólnotę, po drugie – kwestionuje istnienie państwa w jego dzisiejszej postaci, po trzecie – to słowo implikuje słowo "wróg". Gdy mówię, że z kimś mam konflikt, to nie muszę kogoś
traktować jak wroga. Mogę go traktować jak przeciwnika politycznego, ideowego, ale kiedy mówię "wojna", to tam już przeciwników nie ma. Tam są wrogowie. Dlatego ta retoryka jest tak strasznie niebezpieczna.

Ostatnio często padały słowa: "zimna wojna", "rokosz", "walka o wolność". Kiedy ostatnio były używane one z taką intensywnością w języku polskim?

Myślę, że za okupacji hitlerowskiej. Wydaje mi się, że to nie był język opozycji demokratycznej w czasach Polski Ludowej. Wtedy takich ekstremistycznych wypowiedzi nie było.
Oczywiście, upominano się o wolność, walczono o nią. Ale jednak takich najmocniej nasyconych emocjami słów nie używano. Choćby, dlatego, że zdawano sobie sprawę z realiów politycznych. Tymczasem tutaj jest pełna swoboda i niektórzy uważają, że mogą powiedzieć
absolutnie wszystko.

Czy język, który pojawił się w kwietniu
2010 roku, można nazwać nowomową?

Nie. Nowomowa to specyficzny język
wytworzony w czasach komunizmu, którego fundamentem była cenzura. Natomiast dziś w Polsce cenzury na szczęście nie ma.

Zależy, kogo pan zapyta.

Nie mówiłbym o nowomowie, tylko użyłbym
określenia: mowa nienawiści.

Nawoływanie do fizycznej przemocy?

Czy tu nie ma takiego nawoływania?
Teraz język nienawiści nie musi odnosić się tylko do mniejszości narodowych, seksualnych czy jakichkolwiek innych. To w pewnym sensie jest kategoria uniwersalna. Muszę powiedzieć, że takiego języka nienawiści, jaki wytworzył się ostatnio w Polsce, od dawna nie było.

Jak to powstrzymać?

Uważam, że mowa nienawiści powinna być oceniana, demaskowana, trzeba pokazywać, jak jest fałszywa. Niektórzy odwołują się na przykład do religii. Tymczasem to nie jest mowa ewangelii, to mowa antyewangelii.

Mamy w Polsce dwa narody mówiące swoimi językami?

Chyba tak.

Jest szansa na ujednolicenie języka?

Myślę, że w państwie demokratycznym to niemożliwe. Każdy powinien mówić to, co myśli. Naturalną granicą jest przyzwoitość i racjonalność. Tych warunków mowa nienawiści absolutnie nie spełnia.

Jeżeli ludzie mówią do siebie różnymi
językami, to czy mogą się dogadać?

Na tym polega wypracowywanie kompromisu czy konsensusu. Mimo różnych stanowisk, różnych języków znajdujemy wspólne tereny.

Czy pana zdaniem słowa, których używają niektórzy politycy: "pełzający pucz", "rokosz" – opisują sytuację w Polsce?

Myślę, że z pewną przesadą, ale są trafne.

W jaki sposób w języku polskim, w
literaturze funkcjonuje słowo "zdrada"?

W XIX wieku było to jedno z najcięższych oskarżeń, słowo, które padało bardzo rzadko. Bo zdrada oznaczała
zdradę narodową. Dzisiaj jest to element dyskusji politycznej, a nie słowo opisujące realny bieg rzeczy.

Boi się pan słów, które padają na ulicach?

Boję się. Boję się wszelkiej agresji.

Nawet językowej?

Oczywiście.

To zależy od gruntu, na jaki słowa padają?

Między innymi. To jest po prostu ogłupianie ludzi. Jeśli ktoś mówi, że w Polsce nie ma demokracji, to albo chce, żeby ludzie nie wiedzieli, co to jest demokracja, albo ich po prostu oszukuje.

Jakim językiem, można powstrzymać mowę nienawiści? Równie twardym?

Można zatrzymać metajęzykiem, czyli jakby językiem nad językiem. To język, którym komentuje się język. Język powinien być nieustannie krytykowany, analizowany. Powinno się pokazywać, jak on działa i co chcą uzyskać ci, którzy się nim posługują.

Myślę, że temat ten ciągle jest aktualny.

W mojej młodości już Czesław Niemen w swoim największym przeboju śpiewał:

. . . czasem aż wstyd przyznać się, że ktoś słowem złym - zabija jak nożem.

I dalej autor wyraża słowa nadziei:

. . . lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat - jest inny i dzięki nim –

       nadszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie.

Także współcześnie słowa piosenki Asi Kwaśnik „Słowo ma moc“, oddają w pełni zakres możliwości, jakie
daje posługiwanie się słowem.

Słowo, które tworzy, słowo, które burzy
Słowo, które koi, słowo, które boli
Słowo, które kusi, słowo, które smuci
Słowo, które rani, słowo w ustach drani
Słowo zmienia dzieje i daje nadzieje
Słowo wzbudza lęk, słowo niczym lek
Słowo ma to coś, słowo zmienia los
Słowo ma moc!



To mocne narzędzie i wielką sztuką jest posługiwać się słowem. Dlatego apeluję o odpowiedzialność za używane przez nas słowa. Zwróćmy także uwagę na to, co mówią inni, zastanówmy się, do czego mogą prowadzić słowa.

Opracował: Stanisław Szkoc

 



Biuro parafialne jest jedno dla wszystkich

Katolików uczęszczających  na Msze św.

w Heilbronn, Ludwigsburg i Bad Mergentheim. Wszelkie dokumenty powinny być składane w sekretariacie:

Polska Parafia Katolicka

Polnische Katholische Gemeinde
Moldaustr. 20
71638 Ludwigsburg

Tel: +49 (0)7141 893369

Mobil: +49(0)17641570553

Fax: +49 7141 893368
E-Mail:parafia.lb@web.de

 

Godziny otwarcia      biura parafialnego          

 

Od 02 sierpnia 2018r.   do 17 sierpnia 2018r. biuro parafialne zamknięte.       W pilnych sprawach proszę dzwonić

Ks. Piotr Janaszczyk: 015207484601

Sekretariat

Środa    13:00-17:00

Czwartek 10.30 -  15.00

Piątek     17:00 -  18:00

 

Ksiądz Proboszcz

Sobota     17:30 - 18:00

Niedziela  9:30 -10:00

 

Druckversion Druckversion | Sitemap
© Polnische Katholische Gemeinde in Ludwigsburg

Diese Homepage wurde mit 1&1 MyWebsite erstellt.